/Fenna/
Goblikon 2003 odbył się w Gimnazjum nr 1 w Raciborzu w dniach od 15 do 17 sierpnia. Konwent został zorganizowany przez Danutę 'Muskat' i Zbyszka 'Veersa' Jagiełłów, przy pomocy raciborskiego Bractwa Wikingów. Patronatem medialnym Goblikonu zajęła się Militarna Sieć Valkiria, nagrody, o łącznej puli 3500zł, sponsorowały wydawnictwa Mag i Portal. Fakt, że była to pierwsza tego typu impreza, a także zrównanie w czasie z bardziej znanym konwentem Flamberg zaważyły prawdopodobnie na frekwencji, która, szczerze mówiąc, była dość niska. Oczywiście, nikomu za bardzo to nie przeszkadzało i zabawa była naprawdę przednia.
Day 1. Zaczęło się całkiem niewinnie. Przywitano nas bardzo po przyjacielsku, wręczono nam informatory goblińskie, w iście szmuglerski sposób obdarowano nas Materią, a ekipa Valkiria Network werbowała Mistrzów Gry do walki o puchar dla najlepszego Mistrza. Potem było już mniej niewinnie...
Rozpoczęły się sesje, konkursy i (brrrrr...) pokazy bractwa. Po korytarzach zaczęły przemykać się podejrzane typki uzbrojone w środki czyszczące (bazooka DOMESTOS) i karimaty (shotgun) usiłujące zabić alienów, alieny usiłujące zabić Marines i predator usiłujący dobrać się do wszystkich, czyli dwóch, obecnych na Goblikonie dziewcząt. Innymi słowy LARPy również się rozpoczęły. W ten sposób upłynęło pierwsze goblińskie popołudnie, a potem to już pozostał tylko puchar mistrzów...
Poziom był zróżnicowany. O nagrodę starali się zarówno starzy wyjadacze, jak i nowicjusze. Można było spotkać obsydianina wspinającego się po rynnie, wiedźmina gerantofila i strumyki zadające 3k6 obrażeń, ale podobno zdarzały się również spokojne sesje (...)
Konkurs Wiedźmiński
Day 2. Ok. 7 rano z komnaty V-ekipy przestały lecieć kłaki... Sędziowie dokonali wyboru po długotrwałej walce. Zwyciężył Dominik Bąkiem zwany (aplauz proszę!). Nawiązując do wczesnych godzin rannych, jedyną wadą Goblikonu był zamknięty w nocy bufet z kawą. Oczywiście, ludek Valkirii miał słodki, czerwony czajniczek i pachnącą, czarną kawę, ale samolubnie zatrzymał je dla siebie...
Dzień drugi był dniem LARPów. Rano grało się w Dresa (No ja pierdole, noooo...), niedobitki długo jeszcze biegały po korytarzach wymachując szczotką do toalety i przechwalając się swoimi Nokiami 1110...
Dres Larp
Potem były tendencyjne konkursy, mniej tendencyjne pytania, wszyscy mogli zobaczyć jak porusza się podniecony krasnolud i dowiedziec się jak znormalizować elfa (obciąć mu uszy)... Bractwo rycerskie wykonało pokaz pirotechniczny, a sesje również się odbywały, ale trudno stworzyć odpowiedni klimat, kiedy na korytarzu gobliny grają pełną parą w Aliena.
Mrok komnaty rozświetla jedynie tlący się słabo płomyk świecy. Podnieceni gracze spoglądają z wyczekiwaniem w oczy Mistrza, wstrzymując oddechy... NAGLE do komnaty wpada spocony, dyszący Marine i czając się przeraźliwie kładzie na stojącym nieopodal drzwi krześle niewielki przedmiot, który później okazuje się być chrupkiem. Hmmmm...
Day 3. Czyli wielkie pożegnanie. Niedobitki sesji, ostatnie konkursy, nagrody i wykłady, pożegnalne piwo:) i bye bye. Nawet Alienatorzy zaprzestali działalności... Pogrążony w smutku każdy rozszedł się w swoją stronę, myśląc o tym jak przeżyje ten rok, cały, długi rok, dzielący go od następnego Goblikonu...
This entry was posted on 11:47 and is filed under
Erpegowiec #14
,
Fenna
,
konwenty
,
relacja
. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.
0 komentarze: