Post scriptum - Rozmowa z JeRzym
12:39 | Author: neurocide
Jerzy Rzymowski ujawnia kulisy pracy w redakcji Magii i Miecza, opowiada o relacjach w fandomie, o reakcjach na pojawienie się pisma Portal, o swoich opowiadaniach, doświadczeniach i prognozach związanych z rynkiem gier fabularnych. To był mój pierwszy tego typu wywiad. Mailowałem z JeRzym przez kilka tygodni wysyłając kolejne pytania. Jako początkujący rednacz byłem trochę przerażony faktem, że zechciał poświęcić mi swój czas. Przypominam ten wywiad z niekrytą satysfakcją. Zapraszam do lektury tej pasjonującej opowieści z marca roku 2002.

Przez długi czas byłeś redaktorem pisma Magia i Miecz, ale nie tylko tam można znaleźć twoje teksty. Z opowiadaniami o generale Griegu spotkałem się w Legendzie. Wsparłeś także przedsięwzięcie Miłosza - myślę o Labiryncie 6, a słyszałem, że miałeś powiązania z Krukiem... Jeśli możesz, przybliż mi i czytelnikom ERPEGOWCA swoją sylwetkę. Napisz o projektach, w których brałeś i bierzesz udział. O swojej twórczości...


Spróbuję to uporządkować chronologicznie - inaczej się chyba pogubię. Moim debiutem był scenariusz "Klasztor Obrazów", który ukazał się w marcu 1995 r., w "Labiryncie" #2. Przez kolejne dwa lata pisałem trochę do MiM-a - artykuły i scenariusze. Nie było tego dużo, ale zawsze mam straszny problem z zebraniem się do pisania. W '96 r. z kumplami z WKF "Pegaz" braliśmy udział w kręceniu dla TVP1 wakacyjnego cyklu programów dla dzieci, pt. "Łowcy przygód" - śmiejemy się, że był to pierwszy polski reality show. Na dobre zaś wszystko zaczęło się w '97 r. Wtedy przyłączyłem się do Klubu Tfurców i w "Feniksie" poszło moje pierwsze opowiadanie - "Dobry uczynek"; wtedy rzuciłem studia; wtedy zostałem redaktorem wspomnianego przez Ciebie "Kruka"; wtedy napisałem artykuł "Od arszeniku do żmii", który otworzył mi drzwi do pracy w MiM-ie.

W '98 r. pisałem opowiadania do "Legendy" - pierwsze z nich, "Cena spokoju", to chyba najgorsza rzecz, jaką napisałem. Ale był też "Assassin" i "Grieg" i kolejne teksty w następnych numerach pisma. Na wiosnę tego roku zostałem redaktorem MiM-a - ogromna w tym zasługa Miłosza Brzezińskiego, po którym odziedziczyłem dział łączności z Czytelnikami. Prowadziłem ten dział przez dwa lata i bardzo lubiłem tę robotę. W tym samym czasie stworzyłem cykl felietonów pisanych pod pseudonimem Post Scriptum i "Fantastyczną Muzykę", która odrodziła się w nieco innej postaci na serwisie Valkiria.

Później odebrano mi dział łączności - dalszy ciąg był trwającą ponad półtora roku równią pochyłą. Jestem winien wielką wdzięczność wszystkim ludziom, którzy pomagali mi w tym czasie funkcjonować w MiM-ie, a szczególnie Tomkowi Wolskiemu, Michałowi Mochockiemu, Arturowi Machlowskiemu, Michałowi Stachyrze (Puszonowi). Skończyło się to wszystko, gdy Tomek Kreczmar zwolnił mnie z "Magii i Miecza". Uzasadnienie brzmiało: "Niestety, dochodzę do smutnego wniosku, że nie dogadamy się w redakcji. Sadzę, że po prostu mamy inne podejście do pracy, do relacji naczelny-podwładny i do stosunkowania się do aktualnych warunków. Dlatego też uważam, iż musimy sie rozstać, jeśli chodzi o twoją współpracę z MiM-em jako redaktora". Żeby nie było: treść tego wyjaśnienia jest zgodna z prawdą - jednak różni nas diametralnie jej interpretacja.

Po drodze napisałem parę rzeczy do "Inferna" i dwutygodnika "Click!". Miałem też przyjemność pisania do "Fantoma". Zrobiłem parę tłumaczeń - część nowszej edycji "Zewu Cthulhu", komiksy dla Egmontu i powieść "Świat Camelotu" dla wydawnictwa Philip Wilson - ta ostatnia jeszcze się nie ukazała. Ukazała się za to antologia Klubu Twurcuf, pt. "Robimy rewolucję" i dołączyłem parę lat temu do grona członków Asocjacji Polskich Pisarzy Fantastycznych. No i był oczywiście "Labirynt" #6, z którego, podobnie jak Miłosz, jestem bardzo dumny - okoliczności, w jakich powstały moje teksty do niego, są całkiem zabawne.

Obecnie moja aktywność drastycznie zmalała. Od paru miesięcy jestem bezrobotny. Staram się znaleźć konkretną pracę w jednym z opanowanych zawodów, ale jakoś nic z tego nie wychodzi. Nadal, od ponad roku, współprowadzę audycję "Dzikie Pola" w Radiostacji - to z kolei zasługa Marcina Baryłki, czyli Kaczora. Prowadzę dział muzyczny na Valkirii. Od czasu do czasu piszę felietony "zwJeRzenia" dla Ignacego Trzewiczka - najpierw szły na stronę internetową "Portala", ostatni trafił do "Poltergeista". Mam napoczęte parę opowiadań i powieść, jednak po ostatnich wydarzeniach brakuje mi energii i motywacji do porządnego posiedzenia nad nimi. Jedno ukończone opowiadanie - "Perłowa piramida" - czeka na druk w antologii poświęconej Lovecraftowi. Mam także parę pomysłów związanych z RPG i innego rodzaju grami - za najważniejszy z nich zabiorę się we współpracy z Bartkiem Lisowskim. No i marzy mi się prowadzenie autorskiej audycji poświęconej muzyce filmowej. Wszystko to jednak palcem na wodzie pisane.

Pismo Kruk pamiętam jak przez mgłę, bardziej to, że poszukiwałem go przez jakiś czas... Wydano chyba dwa numery (z czego jeden podwójny (?)). Jaka była twoja rola, skąd pomysł na pismo poświęcone grozie? Przybliż moim czytelnikom to przedsięwzięcie; w miarę możliwości. Czy ktoś nie dawno wspominał coś o możliwości wskrzeszenia Kruka?

Ukazały się trzy numery pisma, z czego ostatni był podwójny. W dwóch pierwszych byłem jednym z dwóch redaktorów pisma (naczelnym i zarazem wydawcą był Witek Chwiłkowski), do trzeciego napisałem tylko wstępniak i artykuł o Timie Burtonie. Do moich zadań należały: wybór opowiadań, które szły do pisma (autorów typował Witek, ja wybierałem konkretne teksty), redagowanie opowiadań i niektórych innych tekstów, no i pisanie wstępniaków. Cieszę się też bardzo, że przekonałem Witka, aby opublikował w drugim numerze wiersz Miłosza Brzezińskiego, pt. "Syn drzew".

Osobiście uwielbiam E. A. Poe, natomiast nie przypadła mi do gustu proza H.P. Lovecrafta. Może to śmieszne, ale Zew Cthulhu (rpg) kocham, i jeszcze śmieszniejsze - nigdy nie prowadziłem (choć bardzo chciałem), a o grze wolałbym nie wspominać. Opowiedz trochę o twoich fascynacjach literaturą grozy. Co sądzisz np. o Kingu, Mastertonie, albo o autorze powieści Zew Krabów; Smithcie ;-). A może sam coś napisałeś?

Początkowo mój kontakt ze wszelkimi odmianami grozy był niemal zerowy - ot, wiedziałem tyle, ile przypadkiem wpadło mi w oko i ucho. Zabawne, że przy tej szczątkowej wiedzy, zdołałem wygrać konkurs wiedzy o horrorze na jednej z "Sobót z fantastyką" i w ten posób zdobyłem mój pierwszy podręcznik do "Zewu Cthulhu" - nie przeczytałem jeszcze wtedy ani jednej książki z tego gatunku, a obejrzanych miałem zaledwie parę filmów. Kiedy podjąłem pracę w "Kruku", zainteresowałem się tym wszystkim bardziej i dopiero wtedy zacząłem doceniać tę twórczość. Duża w tym zasługa Witka, któremu zależało na tym, żeby "Kruk" był naprawdę ambitnym, wartościowym pismem i potrafił to zamierzenie konsekwentnie realizować.

Nadal mój kontakt z horrorem odbywa się głównie przez filmy. Jeśli chodzi o książki - czytałem "Opowieści niesamowite" Poe i teksty kilku innych twórców grozy gotyckiej (LeFanu, Bierce, James) - bardzo mi się te rzeczy podobały. Świetne są teksty St. Grabińskiego. Ze znanej mi twórczości Lovecrafta i jego naśladowców jedno opowiadanie, "Muzyka Ericha Zanna", wywarło na mnie ogromne wrażenie. Kinga nie czytałem - oglądałem tylko kilka filmów i miniseriali na podstawie jego twórczości i były to rzeczy niezłe. Podobnie, tylko z filmów znam Barkera. Do takich autorów jak Masterton, Lumley, czy Smith nie sięgałem wcale, więc trudno mi się wypowiadać. Od siebie dorzucę jeszcze znakomitą "Krainę Cieni" Petera Strauba. Sam napisałem do tej pory dwa opowiadania, które można zaklasyfikować jako literaturę grozy. Pierwszy to "Półmrok" - miniatura, która pojawiła się w "Labiryncie" nr 6. Antologia, w której ma się pojawić "Perłowa piramida", jeszcze się nie ukazała.

Zew Cthulhu był pierwszym tak ambitnym systemem wydanym na Polskim rynku. Jaki twoim zdaniem wpływ wywarł on na polskich graczy? Czy myślisz, że coś zmienił w podejściu do idei RPG? Jak ty oceniasz tą wspaniałą, moim zdaniem, grę? Co wpłynęło na tak dużą popularność tego sytemu? Jaką rolę w jego popularyzacji odegrały takie osoby jak Miłosz, czy świetni graficy Hubert Czajkowski i Piotr Wyskok (i inni)? Jaki dalej twoim zdaniem rozwijać się ta gra? Czy myślisz, że ośrodkiem, który przejmuje pałeczkę są Gliwice (Faktoria, De profundis)?

Postaram się odpowiedzieć po kolei. Wydaje mi się, że jak na polskie warunki, Zew Cthulhu jest systemem dość szczególnym. Inne erpegi miały przeżywały swoje wzloty i upadki - chwile nagłej popularności i spadki zainteresowania, zaś ZC stale i systematycznie budowało swoją pozycję i grono fanów. Wydaje mi się, że siła tej gry tkwi w konsekwencji, z jaką jest ona tworzona - kolejne edycje i dodatki powstające lub wznawiane przez lata i skrupulatnie udoskonalane, aż do perfekcji. To jest ten przypadek, kiedy sukces został wypracowany, a nie wylansowany.

W Polsce, zasługą Miłosza, ekipy z Gliwic i innych autorów jest to, że system pozostający w cieniu wypchnęli w światło reflektorów. Dzięki ich wysiłkom Zew Cthulhu, nie przestając być systemem ambitnym, stał się jednocześnie popularny. I tak powinien wyglądać jego dalszy rozwój. Jest tylko jedna rzecz, której żałuję w związku z obecnością ZC w naszym kraju, a mianowicie fakt, że polskie materiały do tej gry - Labirynt nr 6 i De Profundis - zostały jakoś zlekceważone przez graczy (a przynajmniej tak to wygląda jeśli spojrzeć na wyniki sprzedaży). Biorąc to pod uwagę, ciekaw jestem, czy i jak potoczą się dalej losy Wydziału X.

Jak zareagowała Warszawa na fakt powstania pisma Portal? Trzewik przecież pisywał do MiM-a. Jak ty odbierasz to pismo? Czym różni się ono od MiM-a - w czym lepsze jest, a w czym gorsze?

Mam kłopot, jak odpowiedzieć na to pytanie tak, żeby nie wyszło na to, że chcę się odgrywać na Tomku Kreczmarze za to, że zwolnił mnie z MiM-a. Musisz mi po prostu uwierzyć na słowo, że nie dlatego to piszę. Faktem jest, że on i część ekipy MiM-a najzwyczajniej Portal zlekceważyła - traktowano go jako chwilowe zjawisko, które padnie po kilku numerach i nie jest w stanie zagrozić pozycji MiM-a. Tymczasem ja obserwowałem, jak Ignacy i spółka promują pismo na konwentach, jak pozyskują ludzi, ile energii w to wkładają i byłem innego zdania. Była to jedna z wielu rzeczy, o które spieraliśmy się w redakcji. Jak te spory się dla mnie skończyły, wszyscy wiemy.

Moje stosunki z ekipą Portala - przynajmniej z tą częścią, którą znam - są jak najlepsze. Zresztą cały konflikt między MiM-em a Portalem był bardziej sztucznym wymysłem, rozdmuchiwanym przez poszukiwaczy tanich sensacji, niż czymś istniejącym realnie. Wystarczy przeczytać choćby wstępniak Ignacego do Portalu #4. Niezależnie jednak od woli i chęci obu redakcji, pojawienie się drugiego tytułu na rynku doprowadziło do polaryzacji środowiska. Tak, jakby nie można było czytać i lubić obu tytułów jednocześnie. Plusy i minusy? Najpierw plusy. Po pierwsze i najważniejsze: ludzie. Ekipa związana z tym wydawnictwem i pismem to świetni twórcy, których talent i pomysłowość są doceniane również poza granicami kraju. Po drugie: reputacja, którą Portal sobie na wstepie wypracował - pisma nowatorskiego, ambitnego, prezentującego teksty na wysokim poziomie. Pierwsze wrażenie jest bardzo ważne, a w jego przypadku było ono na tyle dobre, że przywiązał do siebie ludzi. Po trzecie: format i oprawa graficzna. Bardzo cenię twórczość Michała Oracza i bajecznej Charlie. Po czwarte: determinacja i energia ludzi, którzy tworzą i promują pismo. Z kolei o problemach, z jakimi Portal może się borykać, rozmawiałem z Ignacym już dawno - podczas naszego pierwszego spotkania (kiedyś chyba nawet o tym pisał). Niestety, teraz to, o czym wtedy mu mówiłem, sprawdza się, a ja głupio się czuję w roli Kasandry - niezależnie, czy moje przewidywania okazują się słuszne w stosunku do MiM-a, czy Portala. Po pierwsze: Portal rzucił za dużo dobrych rzeczy na pierwszy ogień i ustawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, nie zostawiając rezerwy sił na później, tzn. na czas, kiedy pismo będzie musiało okrzepnąć na rynku. Po drugie: za dużo srok łapanych za ogon jednocześnie - Portal jako wydawnictwo nie zdążył się ustabilizować finansowo, kiedy jego zasoby zostały włożone w nowe, ryzykowne przedsięwzięcia - Faktorię Frankenstein, De Profundis, Barona Munchausena, Władcę Zimy, Kwartę. Co do żadnej z tych rzeczy (mimo ich wysokiego poziomu) nie było pewności, czy zdołają na siebie zarobić, a wydawnictwo nie miało wystarczających "rezerw budżetowych", żeby dobrze znieść ich porażkę. Teraz odbija się to na częstotliwości ukazywania się podstawowego produktu, czyli pisma Portal.

Czy nie uważasz, że MiM już dawno stracił swoją rewolucyjność i innowacyjność? Nowa Fala to Gliwice. Nie uświadczysz w tym piśmie pokręconej przygody (jak Dom, czy Senne Widziadło dla przykładu), ani tekstów w niesamowitym stylu "Skrótu do..." Miłosza Brzezińskiego?

Jakiś czas temu, MiM padł ofiarą kilku złych decyzji i serii nieudanych eksperymentów. Kiedy zaczęła spadać jego popularność, zamiast systematycznie podejść do problemu, zaczęto nerwowo działać na chybił trafił. Tu jednak muszę wyjaśnić sprawę dłużej. Z prasą (nie tylko zresztą) jest tak, że niemal każda zmiana pociąga za sobą pewien czasowy spadek czytelnictwa. Po prostu człowiek, który ma nawyk kupowania danego tytułu, dostaje nagle coś do pewnego stopnia nowego i automatycznie poddaje to ocenie. U części z tych ludzi ocena jest pozytywna - ale to nie podnosi czytelnictwa - po prostu będą czytać dalej. U innych ocena zmian jest negatywna i stwierdzają, że nie warto dalej sięgać po ten tytuł. Pewne konkretne zmiany - zmiana (szczególnie zmniejszenie) formatu, logo lub szaty graficznej, zmniejszenie objętości, zdjęcie pewnych stałych działów - wywołują szczególnie silne reakcje. Dlatego każda taka zmiana musi być dokonywana powoli, ostrożnie i Czytelnik musi być na nią przygotowany. Ponadto to wszystko musi być stale wspierane dodatkową promocją, aby pismo dotarło do nowych ludzi, co pozwoli zrekompensować spadek czytelnictwa. Te rzeczy należą do elementarza wiedzy o kształtowaniu wizerunku tytułu prasowego. Tymczasem w MiM-ie, od ponad dwóch lat zmiany następowały jedna za drugą, bez możliwości utrwalenia się - nagle zmienił się format i logo, później malała objętość, wypadały kolejne działy, pojawiały się inne, które też znikały, zmieniały się proporcje poszczególnych składników. Krótko mówiąc: działo się wszystko, co samo z siebie wywołuje spadek poczytności pisma i praktycznie nie było niczego, co by ją podnosiło. Na dodatek MiM ma małą czcionkę i męczy wzrok przy czytaniu - nawet najlepsze teksty są wtedy inaczej odbierane. Jak pozbierasz to wszystko do kupy, okaże się, że pismo może nawet nie straciło drastycznie na treści, ale jest w ten sposób odbierane, bo ludzie nie mogą w nim odnaleźć rzeczy, do których przywykli. Kiedyś, po starannym przeanalizowaniu sytuacji, zaproponowałem na kolegium redakcyjnym rozwiązanie, które byłoby powrotem do korzeni pisma - do tej postaci, do której czytelnicy byli najbardziej przywiązani. Miałaby to być jednorazowa zmiana, ale polegająca nie tyle na zaserwowaniu nowej formuły, co na odgrzebaniu starych, wypróbowanych rozwiązań. Zostałem wyśmiany.

Jako naczelny Erpegowca przygotowuję największą ilość tekstów. Na czym polega praca redaktorska? Dlaczego w MiMie nie uświadczę tekstów Kreczmara, Miłosza, Szrejtera itd...? Zresztą i twoich w ostatnich czasach też wiele nie było? Czy to wypalenie, znudzenie?

Praca redaktorska w moim przypadku bywała różna, zależnie od tego, gdzie ją wykonywałem. Głównie jednak chodziło o zbieranie i wybieranie możliwie najlepszych tekstów oraz ich opracowanie stylistyczne. Czasami do tego dochodziło pisanie komentarzy, wstępów. Nieco inaczej wyglądało to w dziale łączności MiM-a - lepiej dla mnie, bo nie musiałem użerać się z ludźmi, tylko z tekstami. Prawdę mówiąc rzadko trafia mi się ktoś, z kim naprawdę dobrze by mi się pracowało - ludzie są niepunktualni, niestaranni i lekceważą swoje zobowiązania. Co do tego, dlaczego w MiM-ie nie uświadczysz tekstów wspomnianych przez Ciebie ludzi - przypuszczam, że mają za dużo innych obowiązków, żeby pisać tyle, co kiedyś. Nie chodzi raczej o wypalenie, czy znudzenie, tylko o brak czasu. Ja na przykład cały czas ogromnie żałuję, że Andrzej Miszkurka nie ruszył do tej pory świata i systemu, który wymyślił. Myślę, że byłaby to najbardziej oryginalna rzecz, jaka wyszła w Polsce jeśli chodzi o RPG. Ale on ma inne sprawy na głowie. Natomiast jeśli chodzi o mnie - nigdy nie pisałem dużo, a teraz na dodatek nie bardzo mam komu dawać moje teksty. Szczególnie, jeśli chciałbym cokolwiek na tym zarobić.

Jak jest twoja opinia o rynku, o erpegowcach jako o klientach? Czy recesja i kryzys czytelnictwa dotykają w równym stopniu RPG i fantastykę? Czy jest źle? A jeżeli tak, to co może poprawić sytuację?

Z rynkiem generalnie jest bardzo źle. W Polsce wyszło dużo systemów, ale nie bardzo jest komu je kupować. Masz coś na kształt roztworu nasyconego. Jeśli chce się wejść z czymś nowym, trzeba w pierwszej kolejności powiększyć środowisko. Poza tym gracze to w dużej mierze uczniowie i studenci, których możliwości finansowe nie są przewaznie zbyt duże, a przy cenach podręczników (i książek w ogóle), jakie wymusza na wydawcach obecna sytuacja w kraju, każda nowa pozycja w kolekcji to już istotny wydatek. Jakby tego było mało, w Polsce środowisko fanowskie nie wyrobiło sobie jeszcze odruchu popierania swojego hobby. Ci, których nawet stać na kupno podręczników, też nie zawsze to robią - wolą pożyczyć, skserować. Do tego strasznie dużo jest u nas krytykanctwa - można zrobić coś najlepiej jak się potrafi, ale wystarczy drobne uchybienie i już jesteś gnojony.

No i oczywiście pozostaje problem, z którym wojuję od dawna, a mianowicie podzielenie środowiska. Mówię tu zarówno o RPGraczach, jak szerzej rozumianym fandomie. Nie wiem już, jakich argumentów należałoby użyć, żeby ludzie zrozumieli w końcu, że wspólnie można zrobić znacznie więcej niż osobno. Ale w takich sytuacjach przeważnie górę biorą niestety chore ambicje, małostkowość, zawiść. To nie wszystkie problemy, jakie istnieją, ale należą do najpoważniejszych. Co robić, żeby to poprawić? Po pierwsze: skorzystać z okazji jaką daje rosnąca fala popularności fantastyki i wciągnąć na dobre w ten gatunek i przy okazji w RPG jak najwięcej nowych ludzi. To wymaga aktywnego zabiegania o ludzi. Po drugie: przekonać otoczenie, że fantastyka nie jest zagadnieniem niepoważnym i zasługuje na szacunek, jakim cieszy się na świecie. Nie bez powodu w pierwszej dwudziestce najbardziej kasowych filmów wszech czasów, piętnaście reprezentuje właśnie ten gatunek. Po trzecie: działać wspólnie, a nie osobno. To jest rzecz oczywista, ale chyba najcięższa do zrealizowania. Tu sukces osiągnął EuGeniusz Dębski, kiedy wcielił w życie ideę APPF-u. Minęło zaledwie parę lat i Srebrny Glob stał się drugą najważniejszą nagrodą w polskiej literaturze fantastycznej.

Działasz (działałeś) w różnych stowarzyszeniach. Tu w Tychach próbujemy założyć klub fantastyki. Co mógłbyś nam poradzić, od czego zacząć, czego unikać? Czy od razu pchać się do sądu ze statutem, czy raczej poczekać i sprawdzić się w działaniu jako twór nieformalny? Co chciałbyś przyszłym Fandomowcom powiedzieć?

Statut prawny potrzebny jest tylko jeśli macie w planach działanie jako formalna instytucja i załatwianie czegokolwiek jako taka - organizowanie imprez, wynajmowanie lokalu, itd., itp. Jeśli klub fantastyki ma być tylko grupą znajomych o wspólnych zainteresowaniach, można to sobie darować. Szczególnie jeśli skład tej grupy jest płynny.

W Warszawie jest pewna knajpa, w której od wielu lat (z krótkimi przerwami na inne miejsca) w każdy czwartkowy wieczór spotykają się RPG-owcy i miłośnicy fantastyki. Nikt nigdy tego nie formalizował, ale możesz być pewien, że nawet jeśli zniknąłeś ze środowiska na parę lat i po tak długim czasie wchodzisz do pubu w czwartek wieczorem, spotkasz tam kogoś znajomego. Bywają tu pisarze, tłumacze, redaktorzy, a najwięcej jest właśnie graczy.

Zdefiniuj proszę słowo FANDOM (bo w słownikach nie uświadczę)? Co znaczy: należę do Fandomu?

Dla mnie jest to po prostu środowisko miłośników fantastyki. A należeć do fandomu, to udzielać się w tym środowisku. Dlatego na przykład powiedziałbym, że chociaż Lem tworzył fantastykę, to do fandomu nie należy. Tu chodzi o przejawianie jakiejkolwiek aktywności - choćby towarzyskiej. A może przede wszystkim towarzyskiej?

W moim mieście ukazuje się kilka fanzinów rpg, ale ja chciałbym, żebyś przedstawił kilka tytułów z Polski. Te które z jakichś przyczyn uznajesz za ciekawe i godne polecenia? Podobnie spróbuj scharakteryzować pisma internetowe te dobre i złe ich strony? Czy czegoś im brakuje?

Trudno mi cokolwiek powiedzieć na ten temat, bo w zasadzie nie docierają do mnie żadne fanziny. Stale czytam "Miesięcznik" Śląskiego Klubu Fantastyki i "Fantoma" - kiedy wychodzi. Zaś ostatnim fanzinem erpegowym, jaki do mnie trafił był "Arkham Courier" - rok temu. Dlatego wolę nie wystawiać tu żadnych ocen, bo moja wiedza na ten temat nie jest zbyt wielka. Na pewno "Miesięcznik" i "Fantoma" cenię bardzo, ale chociaż są to rzeczy robione hobbistycznie, to tworzą je profesjonaliści - stąd wysoki poziom. Na przykład: w żadnym piśmie fantastycznym w Polsce nie uwidzisz tak bogatego działu newsów jak w "Miesięczniku". Podobnie jest jeśli chodzi o Internet - mam swój stały punkt zaczepienia, czyli Valkirię i rzadko wytykam nos gdzieś dalej. Myślę, że wiele osób ma podobne nawyki w stosunku do tego, czy innych miejsc w sieci i dlatego tu również zabiegałem o konsolidację. Gdyby dało się połączyć najpopularniejsze strony internetowe poświęcone fantastyce w jeden duży serwis, obniżyłoby to koszty, podniosło atrakcyjność dla reklamodawców, ściągnęło ludzi (twórców i odbiorców), itp. Ale co z tego, skoro nikomu nie chce się za to zabrać?

Wyobraźmy sobie sytuację: rano budzi Cię telefon, a głos ze słuchawki mówi: JeRzy przecież dzisiaj prowadzisz, dlaczego cię jeszcze nie ma? Innymi słowy, czy posiadasz jakiś sposób na błyskawiczne wymyślenie przygody? Myślę, o czymś sensownym i w miarę możliwości nieliniowym? Nie akceptuję odpowiedzi: wyciągam z szuflady starą przygodę oraz nie prowadzę dzisiaj, wieszam się etc. :) .

Mieszam w dzielnicy, z której dojazd do większości kumpli zajmuje mi przeciętnie od 45 minut do półtorej godziny. Myślę, że wykombinowałbym coś po drodze. Bardzo rzadko jestem Mistrzem Gry i ogromna część moich pomysłów do scenariuszy nadal tkwi w głowie i nie została wykorzystana. Poza tym czasami faktycznie dochodzi do podobnej sytuacji, kiedy mam przed sobą audycję i niespodziewanie okazuje się, że na mnie wypada kolej prowadzenia scenki.

A już zupełnie dawno, dawno temu było jeszcze inaczej. W owych czasach, jako jeden z nielicznych ludzi w Polsce, prowadziłem system "Toon". Może z jednym wyjątkiem, nigdy nie przygotowywałem się do sesji. Scenariusz losowałem już w obecności graczy, korzystając z generatora umieszczonego na końcu jednego z podręczników - dla mnie samego też był on absolutną niespodzianką. Ale to, co wtedy wyczyniałem z "Toonem" to długa opowieść. Niech wystarczy, że na konwencie "Lato z RPG" zdarzyło mi się prowadzić sesję... przez sen. Byłem po trzynastogodzinnym, całonocnym maratonie grania, a miałem zapisaną drużynę do Animowania. No i w czasie sesji co chwila zasypiałem - budziłem się tylko wtedy, kiedy opadała mi bezwładnie głowa i w krótkich przebłyskach świadomości dopowiadałem, co się dzieje. Gracze jakoś reagowali, a ja w tym czasie z powrotem traciłem przytomność. Tak było przez jakieś 45 minut. Pod koniec stwierdziłem, że to nie ma sensu, zakończyłem fabułę na tyle, na ile byłem w stanie dysponując jednym rozpisanym NPC-em i przeprosiłem graczy Za to, że dałem plamę. Na to usłyszałem "Co ty gadasz? Było zajebiście!". Później zasnąłem w autobusie, w drodze powrotnej do domu. Cała akcja miała swoje drugie zakończenie parę miesięcy temu: dowiedziałem się od Yaahooza, że grał wtedy u mnie i mogłem go wypytać o treść rozgrywki - sam byłem zdziwiony tym, co poprowadziłem.

Powiedzmy, że jestem 14 latkiem, który gra już od ponad roku. Chcę być dobrym MG, chcę się rozwijać. Co mu powiesz? Do jakich źródeł go skierujesz (odpowiedź: kup Wiedźmina i przeczytaj Księgę Bajarza - nie może być jedyna).

Ha, ale ja wcale nie skieruję Cię do podręczników RPG! Najpierw zmobilizuję Cię do czytania w ogóle - dużo, z rozmysłem i z różnych dziedzin (nie tylko fantastyki). Później przekonam do zainteresowania się kulturą i sztuką, oglądania filmów i seriali, rozmaitymi gatunkami muzyki, itd., itp. Najpierw będziesz to wchłaniał i rozwijał się - przede wszystkim intelektualnie, a później będziesz robić z tego pożytek w RPG. Pozyskiwanie typowej wiedzy warsztatowej Mistrza Gry to zupełnie inna para kaloszy i również jest to żmudne zajęcie, ale najpierw trzeba mieć z czym wyjść do ludzi.

Co chciałbyś powiedzieć czytelnikom Erpegowca - a może nawet jego redaktorom. Masz wolną rękę.

Ze wszystkich rzeczy, które przechodzą mi teraz przez myśl, chyba jedną chciałbym się podzielić szczególnie (nawet jeśli zabrzmi trochę patetycznie). Jedna z moich myśli przewodnich w życiu brzmi "Zmieniaj świat, zanim ktoś inny zrobi to za Ciebie". Weźcie to sobie do serca. Nie pozwólcie sobie wmówić, że świata nie da się zmienić - wmawiają Wam to ci, którzy sami stale zmieniają go na gorsze.

Dziękuję za rozmowę. Trzymaj się.

Dzięki. Ty też nie puszczaj